Blog o matce Polce osiedlonej na włoskiej ziemi. O jej byciu mamą niedoskonałą, która oprócz niewątpliwej i stałej roli matki, jaka została jej odgórnie przypisana w życiowym przedstawieniu, próbuje wcielać się także w inne postacie: kobiety niezależnej, żony, kumpelki, artystki niewyżytej, działaczki społecznej, kucharki, pisarki, automobilistki, konsumentki i krawcowej. I kto wie kogo jeszcze...
Blog > Komentarze do wpisu

Kiedyś...

Gdy zostaje się matką to już się nią jest. Przez całe życie. Na zawsze. Na wieki wieków amen.
Nie ma odwrotu, nie ma powrotu do tego jak było kiedyś.
Kiedyś – czyli wtedy, gdy jeszcze nie miało się dzieci. Kiedyś – czyli wtedy, gdy przesypiało się całe noce bez syren alarmowych w różnych, nie tych samych i nie litościwie wcześniej zapowiedzianych godzinach nocnych. Kiedyś – czyli wtedy, gdy można było wyjść do kina wieczorową porą. Kiedyś – czyli wtedy, gdy ta wieczorowa pora była poza domem, była jeszcze wpisana w harmonogram naszego dnia codziennego. Istniała. Bo teraz tak jakby jej nie było – a na jej miejsce bezpardonowo wkroczyła wanienka, kremowanie pupci, mleczko i lulu. No, może jakiś film w telewizji, albo Reality Show nie z tego świata, który dla nas wcale nie jest realny – jest jak science fiction. Patrzymy na ludzi zamkniętych na jakiejś wiosce w Afryce lub szklanej klatce Big Brothera, gapimy się wręcz wychodzącymi z orbit oczętami jak ludzie ci rechocząc się radością pierwotną, ganiają się po wyżej wymienionej klatce, oblewają się wodą, całują w czółka, skaczą na łeb na szyję do basenu o... drugiej w nocy.  Mogą nie spać – rano się wyśpią. Będą spać ile zechcą, a nie na ile im potomstwo pozwoli.
My tymczasem chodzimy po sypialni w tę i z powrotem jak rozeźlony lew w klatce z przeziębionym potomkiem na ramieniu, co to wniebogłosy wzywa swoim młodocianym basem o pomoc, a ratunek boski, bowiem... nie może oddychać zakatarzonym noskiem. I nie rozumie tego, że nie może, więc ryczy. A matka go nosi, oklepując chore oskrzelka i jednym okiem spozierając zazdrośnie w Big Brotherową klatkę gdzie wszyscy szczęśliwi i zadowoleni z życia telewizyjnego zanurzają się w bitej śmietanie robiąc show.
Kiedyś – wychodziło się z domu samemu, ze swoją własną osobą, ze swoją osobistą torebką z kobiecą zawartością, wchodziło się z łatwością do sklepów otwierając drzwi jedną ręką i zamykając za sobą, a następnie oglądało się w skupieniu i stoickim spokoju, to, co nam się akurat zachciało obejrzeć. Dzisiaj nie. Nie wyjdę już nigdzie sama. Zawsze któryś z dwójki potomstwa mi towarzyszy, jeśli nie obaj naraz. Nie posiadam już torebki, a pojemny i wielce gustowny plecaczek Chicco z tymże napisem firmowym widocznym na jego środku. Sam napis na plecaczku informuje już postronnych obserwatorów, że oto mamy do czynienia z matką. Bo nie-matka nie sprawi sobie granatowego plecaczka Chicco z wystającym pampersem. Do sklepów już z potomstwem nie wchodzę. Odechciało mi się. No bo po co, skoro w te pędy muszę stamtąd uciekać, nie wspominając już o ryzyku spłacania strat w ubytkach powypadkowych, które z bardzo wysokim prawdopodobieństwem spowodują synowie. Bo moje chłopaki są ciekawe wszystkiego. Dotykają, ściągają, odkręcają i degustują. Na miejscu. Jeśli jednak jakiś ki diabeł podkusi mnie do wejścia z synostwem do przytulnego, malutkiego sklepiku na rynku, w którym cisza i spokój aż dudnią o szafki z ułożonymi nienagannie, równomiernie i w kosteczkę ubraniami, o jakich matce może się tylko pomarzyć w bezsenną noc, to najpierw muszę skupić się na dostaniu się doń. Na otworzeniu drzwi, przytrzymaniu ich jedną nogą, wepchaniu do środka wózka z już prawie, że natychmiast protestującym w matczynym działaniu konsumpcyjnym Maksiem, wtoczeniu tam drugą ręką Lea, który z miejsca, jak stoi wkracza do akcji pod tytułem „Odkrywam świat, badam i testuję bo mi się należy. Mam 3 lata i wszystko muszę poznać. Teraz albo nigdy”.
Nie, to ja już lepiej nigdzie nie wchodzę, niczego nie kupuję, z domu się nie ruszam. Eee, stop, nie, nie, nie da się. W domu się wysiedzieć nie da. Bo zdemolują. Wiejskie, przestrzenne pustkowia bez zagrożeń automobilistycznych  też mają w głębokim poważaniu, więc chcąc nie chcąc muszę uzbroić się w cierpliwość i hart ducha.
Kiedyś też żyłam sobie w błogiej nieświadomości z zagrożeń w postaci wirusów, bakterii, antybiotyków – terminatorów, co to niszczą wszystko jak popadnie: dobre czy złe, nie ważne. Nie wiedziałam co to szczepionki, gorączki, wymioty i zielone kupki. Nie martwiłam się, że co to będzie jak zechce motocyklem jeździć, albo na dyskoteki po nocach chodzić.
Ale jednak „kiedyś” chciałam mieć dziecko. I to nie jedno. No to mam. (Za swoje). ;)

placze

środa, 11 listopada 2009, annielo

Komentarze
2009/11/12 18:58:54
Tak, pamiętam tę chwilę gdy z noworodkiem zostałam sama w domu i zrozumiałam, że na zawsze zostałam mamą, że to nieodwołalne. Byłam przerażona tą nagłą odpowiedzialnością, nagłą zmianą życia, wiecznością tego stanu. Także tym, że może zniknąć wszystko inne, też ważne, że inne matki tylko o dzieciach...
I tym lepiej wykorzystuję teraz czas, jeszcze lepiej żyję, więcej robię, jestem świadoma czasu i rzeczy, kt. chcę zrobić, zobaczyć, przeżyć i wciągam w to życie dzieci i cieszę się, że jesteśmy razem, ale w świecie - na kt. wciąż nie wyobrażam sobie byśmy mogły się zamknąć.
Im chyba im ktoś jest mocniej życiowo aktywny, tym bardziej odczuwa w dziwny sposob to życiowe spowolnienie, brak wolności wyboru. Ale to kolejna szansa na dojrzewanie:)
Oj pofilozofowałam siedząc z dziećmi na zajęciach baletowych:)
-
2009/11/14 13:23:55
Mamoniedoskonała, znalazłam Cię szukając przepisu na syrop czosnkowy. Zdaje się, że trafisz na stałe do czytelni mojej. Pozdrawiam.
-
2009/11/15 09:54:48
Bardzo mądry tekst - i jak prawdziwy... Ponoć gdy zostaje się mamą, dostaje się jakby drugie serce, tyle, że bijące na zewnątrz naszego ciała... I nie ma znaczenia, ile la ma człowiek noszący to drugie serce, czy 1 czy 30... będzie zawsze częścią nas, żyjąca poza nami...
-
Gość: , 87.13.136.25*
2009/11/15 10:17:40
pikinini - no wlasnie... :)
Czasem tez tak rozmyslam sobie, ze gdybym dzieci nie miala, to nie dostrzegalabym tak dokladnie jak teraz (gdy je mam) uplywajacego czasu. Bo dzieci tak szybko rosna i uswiadamiaja nam, ze czas plynie, nie stoi w miejscu, ze trzeba z niego korzystac, wykorzystywac go ile sie da... :)

lmlenartowicz - no, to widze, ze syrop czosnkowy spelnil sie w podwojnej roli - nie dosc, ze wiruski ploszy to z drugiej strony czytelnikow napedza. :D

marzek2 - Ech, no i chyba im wiecej dzieci, to to zewnetrzne serce rosnie i powieksza sie... :)

Pozdrowienia!
-
2009/11/15 10:18:42
To ja pisalam jako ten "null" - tylko zorientowalam sie, ze nie bylam zalogowana. ;)
-
2009/11/18 17:43:56
Kiedyś to było fajnie i beztrosko...
Tak czasami tęsknię do tamtej beztroskiej mnie.
Ale i tak za nic w świecie nie oddałabym żadnej chwili spędzonej z Dziubeluniem.
-
2009/11/20 21:37:33
O nigdy nie mow nigdy... Dzieciaki rosna (dzieki Bogu) i juz wkrotce znow bedziesz mogla wiele rzeczy robic znow sama...Chyba ze masz w planach kolejnego?!
-
Gość: Gosia83, aahs5.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/11/25 12:27:25
Oj...ale ile zyskałyśmy będąc matką...piękne niezapomniane chwile, których za nic nie zamieniłabym...
Choć nie powiem - na dyskotekę też bym poszła...:)
Lilypie Kids Birthday tickers Lilypie Second Birthday tickers Bookmark and Share Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl