Gdy zostaje się matką to już się nią jest. Przez całe życie. Na zawsze. Na wieki wieków amen.
Nie ma odwrotu, nie ma powrotu do tego jak było kiedyś.
Kiedyś – czyli wtedy, gdy jeszcze nie miało się dzieci. Kiedyś – czyli wtedy, gdy przesypiało się całe noce bez syren alarmowych w różnych, nie tych samych i nie litościwie wcześniej zapowiedzianych godzinach nocnych. Kiedyś – czyli wtedy, gdy można było wyjść do kina wieczorową porą. Kiedyś – czyli wtedy, gdy ta wieczorowa pora była poza domem, była jeszcze wpisana w harmonogram naszego dnia codziennego. Istniała. Bo teraz tak jakby jej nie było – a na jej miejsce bezpardonowo wkroczyła wanienka, kremowanie pupci, mleczko i lulu. No, może jakiś film w telewizji, albo Reality Show nie z tego świata, który dla nas wcale nie jest realny – jest jak science fiction. Patrzymy na ludzi zamkniętych na jakiejś wiosce w Afryce lub szklanej klatce Big Brothera, gapimy się wręcz wychodzącymi z orbit oczętami jak ludzie ci rechocząc się radością pierwotną, ganiają się po wyżej wymienionej klatce, oblewają się wodą, całują w czółka, skaczą na łeb na szyję do basenu o... drugiej w nocy. Mogą nie spać – rano się wyśpią. Będą spać ile zechcą, a nie na ile im potomstwo pozwoli.
My tymczasem chodzimy po sypialni w tę i z powrotem jak rozeźlony lew w klatce z przeziębionym potomkiem na ramieniu, co to wniebogłosy wzywa swoim młodocianym basem o pomoc, a ratunek boski, bowiem... nie może oddychać zakatarzonym noskiem. I nie rozumie tego, że nie może, więc ryczy. A matka go nosi, oklepując chore oskrzelka i jednym okiem spozierając zazdrośnie w Big Brotherową klatkę gdzie wszyscy szczęśliwi i zadowoleni z życia telewizyjnego zanurzają się w bitej śmietanie robiąc show.
Kiedyś – wychodziło się z domu samemu, ze swoją własną osobą, ze swoją osobistą torebką z kobiecą zawartością, wchodziło się z łatwością do sklepów otwierając drzwi jedną ręką i zamykając za sobą, a następnie oglądało się w skupieniu i stoickim spokoju, to, co nam się akurat zachciało obejrzeć. Dzisiaj nie. Nie wyjdę już nigdzie sama. Zawsze któryś z dwójki potomstwa mi towarzyszy, jeśli nie obaj naraz. Nie posiadam już torebki, a pojemny i wielce gustowny plecaczek Chicco z tymże napisem firmowym widocznym na jego środku. Sam napis na plecaczku informuje już postronnych obserwatorów, że oto mamy do czynienia z matką. Bo nie-matka nie sprawi sobie granatowego plecaczka Chicco z wystającym pampersem. Do sklepów już z potomstwem nie wchodzę. Odechciało mi się. No bo po co, skoro w te pędy muszę stamtąd uciekać, nie wspominając już o ryzyku spłacania strat w ubytkach powypadkowych, które z bardzo wysokim prawdopodobieństwem spowodują synowie. Bo moje chłopaki są ciekawe wszystkiego. Dotykają, ściągają, odkręcają i degustują. Na miejscu. Jeśli jednak jakiś ki diabeł podkusi mnie do wejścia z synostwem do przytulnego, malutkiego sklepiku na rynku, w którym cisza i spokój aż dudnią o szafki z ułożonymi nienagannie, równomiernie i w kosteczkę ubraniami, o jakich matce może się tylko pomarzyć w bezsenną noc, to najpierw muszę skupić się na dostaniu się doń. Na otworzeniu drzwi, przytrzymaniu ich jedną nogą, wepchaniu do środka wózka z już prawie, że natychmiast protestującym w matczynym działaniu konsumpcyjnym Maksiem, wtoczeniu tam drugą ręką Lea, który z miejsca, jak stoi wkracza do akcji pod tytułem „Odkrywam świat, badam i testuję bo mi się należy. Mam 3 lata i wszystko muszę poznać. Teraz albo nigdy”.
Nie, to ja już lepiej nigdzie nie wchodzę, niczego nie kupuję, z domu się nie ruszam. Eee, stop, nie, nie, nie da się. W domu się wysiedzieć nie da. Bo zdemolują. Wiejskie, przestrzenne pustkowia bez zagrożeń automobilistycznych też mają w głębokim poważaniu, więc chcąc nie chcąc muszę uzbroić się w cierpliwość i hart ducha.
Kiedyś też żyłam sobie w błogiej nieświadomości z zagrożeń w postaci wirusów, bakterii, antybiotyków – terminatorów, co to niszczą wszystko jak popadnie: dobre czy złe, nie ważne. Nie wiedziałam co to szczepionki, gorączki, wymioty i zielone kupki. Nie martwiłam się, że co to będzie jak zechce motocyklem jeździć, albo na dyskoteki po nocach chodzić.
Ale jednak „kiedyś” chciałam mieć dziecko. I to nie jedno. No to mam. (Za swoje). ;)

I tym lepiej wykorzystuję teraz czas, jeszcze lepiej żyję, więcej robię, jestem świadoma czasu i rzeczy, kt. chcę zrobić, zobaczyć, przeżyć i wciągam w to życie dzieci i cieszę się, że jesteśmy razem, ale w świecie - na kt. wciąż nie wyobrażam sobie byśmy mogły się zamknąć.
Im chyba im ktoś jest mocniej życiowo aktywny, tym bardziej odczuwa w dziwny sposob to życiowe spowolnienie, brak wolności wyboru. Ale to kolejna szansa na dojrzewanie:)
Oj pofilozofowałam siedząc z dziećmi na zajęciach baletowych:)