sobota, 20 marca 2010
Oho, to chyba najdłuższy tytuł jaki kiedykolwiek i gdziekolwiek wyskrobałam. Z powodzeniem mógłby być jeszcze dłuższy. O wiele, wiele, wieeeleee dłuższy. Na pewno. Ale się powstrzymałam. W porę się powstrzymałam. Powiedziałam sobie: STOP, kończymy to wyliczanko.
O to samo chodzi w odchudzaniu się, innymi słowy w przejściu na dietę. Chodzi o to, żeby się powstrzymać. Żeby umieć się powstrzymać. A jak ktoś nie umie się powstrzymywać to powinien się nauczyć bo inaczej nie schudnie. Diety cud nie istnieją. W dietach cuda się nie zdarzają. No tak, ale po co właściwie kobieta się odchudza? Bo to raczej w większości tylko kobiety wpadają na ten genialny pomysł, żeby się zmniejszyć. Mężczyznom dodatkowe kiloski mniej przeszkadzają. I społeczeństwu też. No więc, kobieta odchudza się w głównej mierze z powodu chęci podobania się. Sobie samej. Bowiem, gdy jest jej mniej to może się ciekawiej odziać w różne modne ubrania z najnowszych wiosenno – letnich kolekcji. A gdy tych kilogramów jest więcej, to po pierwsze musi się zdrowo napolować na jakiś przyzwoity ciuch rodem z lumpeksu najwyżej, bo w „normalnych” sklepach panie XXL nie uświadczą ciucha z pomysłem. A gdy już uświadczą to będą musiały za niego podwójnie zapłacić, bo ubrania XXL są z reguły oprócz dwóch „X” także o dwa końcowe zera bogatsze. A chude kobitki to za grosze mogą się odlotowo przyodziać. Swoje szczupłe ciałko ze smakiem ustroić. W byciu mini same zalety ekonomiczne węszę. Nie dość, że odzieżowe możliwości większe i tańsze, to jeszcze nie traci się zaskórniaków na czekoladki i batony różnej maści i smaku, skupiając się na konkretnym żarełku, co też i dla zdrowia naszego lepszym będzie. A zaskórniaki można wydać na gadżety nas, kobiety upiększające, na przykład na mleczno – matowy lakier do paznokci bardzo modny w tym prawie, że już natychmiast wiosennym sezonie. No i co z tego, że się wie to wszystko? Co z tego, że logika nakazuje zastąpić białą czekoladę peelingiem gruboziarnistym na zakupach w supermarkecie? Co z tego, jak człowiekowi, kobiecie czyli, chce się po prostu tej czekolady, a szczególnie wówczas chce, gdy się podświadomie jej wyrzeka? No to co, no to nic, czekoladę jednak kupić też trzeba, a na sport postawić w pierwszym względzie. Na dżogingi i tańce nowoczesne z synami przy skocznej muzyce „Fasolek”. Jedynie takie wyjście z sytuacji widzę. I podwójną moc wydzielanych endorfinek – zarówno tych po zjedzeniu czekolady, jak i tych po gimnastyce przy muzyce. Po takim sporcie to nawet wiele się w żołądku samo przez się nie chce zmieścić, co najwyżej litr mineralnej na uzupełnienie płynów. Nie wierzę w diety. Już nie. Za to mam zaufanie bezgraniczne do sportu. I tego, będę się chwilowo trzymać. Tym bardziej, że wiosna idzie, a kiedy się ruszać jak nie na wiosnę? Ruszam z kopyta więc!
wtorek, 16 marca 2010
Pragnę Was poinformować moi mili, że wiosna granice Italii jednak zdecydowała się przekroczyć i już jest. Dotarła w końcu. A tak się ślimaczyła w tym roku, jak sójka za morze wybierała… Uff! Jest! Nawet pierwsze tegoroczne fiołki dzisiaj znaleźliśmy! Pączkują na całego, niektóre już w pełnym rozkwicie. Jeszcze śnieg gdzieniegdzie dogorywa, ale jak tak dalej pójdzie to już jutro go nie będzie.
Wiosna wiosną, ale mnie kurczę blado upieczone zdenerwowała ta paniusia lekko. Zmęczyłam się czekaniem na nią. Bo czekanie męczy. Takie wyglądanie przez okno, spoglądanie w niebo, wyczekiwanie na dwa marne prześwity słońca zza chmurzysk… Takie wysłuchiwanie prognoz pogody mało optymistycznych… Takie pragnienie włożenia zimowej kurty na dno szafy… Takie inhalacje niekończące się zakatarzonych oskrzeli… Więc jak już teraz ta Wiosenka, z łaski swojej i widzimisia marcowego zawitała na ten padół, to mi ochota przeszła, żeby się Bóg wie jak z niej cieszyć… A bo skąd ja mam wiedzieć, czy się nie rozmyśli za dzień, dwa? Wyjątkowo kapryśne babsko nam się w tym roku trafiło. Jestem więc wiosennie przesilona i na nic nie mam siły. Nic mi się nie chce. Powietrze ze mnie uszło. Muszę odreagować też po wczorajszym egzaminie na prawo jazdy. No zdała, zdałam, na dwoje babka wróżyła i u mnie na ten drugi raz trafiło. Jakiego pojazda teraz trzeba będzie skombinować, co by moje nowe prawko, z fabryczki prawo jazd prosto się nie marnowało nieużytością swoją. Zjadłam bezę do popołudniowej kawy i posilona kofeiną i prostym cukrem z białkiem żywię głęboką nadzieję i optymistyczne przekonanie, na nowy powiew sił witalnych. Wiosennych. :) PS Być może coś zmienię, ale jeszcze nie wiem dokładnie co i jak, bądź co bądź mam na zmianę wielką ochotę. Pożyjemy zobaczymy.
czwartek, 04 marca 2010
Kobieta to słaba płeć i z tej racji traktuje się ją ulgowo. Ulgowo i z przymrużeniem oka. Bo kobieta ma swoje humory. Na przykład nie należy kobiety pytać o to ile ma lat, bo takie pytanie mogłoby zaboleć jej wrażliwą duszę. Kobiety nie pyta się o wiek. Bo kobieta jest istotą eteryczną, ponadczasową, wieczną. Delikatna i ulotna. Nie z tej ziemi. Z kosmosu. Ona nie ma wieku. Zamknięta w ciele, które także musi być pod każdym względem doskonałe, a jak nie jest, to kobieta ma obowiązek postarać się o to, żeby było. Doskonałe, to znaczy: zadbane, wyperfumowane, wyrzeźbione odpowiednio. Nie za bardzo umięśnione, bo przesadnie zaznaczone bicepsy nie są kobiece. A także nie ukryte w fałdach tłuszczu, bo jednak wymaga się, aby kobieca forma, kalka, odbitka, sztampa (niepotrzebne skreślić) wcięcia i zaokrąglenia, były uwidocznione w kobiecym ciele. Czyli: talia osy, zaokrąglony biust, jędrne pośladki, gibkie uda itp. To nie koniec.
Doskonała musi być także cera - gładka i brzoskwiniowa, jak patek róży. Bez zmarszczek, bez sińców pod oczami. W końcu kobieta ma do dyspozycji cały arsenał środków kosmetycznych, więc nie powinno być dla niej trudnym uzyskanie idealnej facjaty i ponętnego ciałka kawałka. Bo jeśli to jest trudne, to ja się pytam z jakiego to powodu szafki w łazience uginają się pod ciężarem przeróżnych mazideł? Jeśli to jest dla kobiety trudne, to niech kobieta przestanie wydawać pół pensji na ulepszacze wizerunku. To nie powinno być trudne. Z założenia. I basta.
Więc, gdy kobieta już się postara, żeby doskonale wyglądać, doprawdy nie na miejscu jest postawienie jej pytania o ilość przeżytych wiosenek. Bo czyli co kobieta ma przez to pytanie rozumieć? Że niewystarczająco się postarała być może? Że niezbyt młodo wygląda? Że już wyszła z obiegu?
Bo kobieta wszystko robi tylko w jednym celu: aby młodo wyglądać. Pięknie, młodo, doskonale. Dla uzyskania pożądanego efektu potrafi poddać się torturom fizycznym i psychicznym: nie jeść tego na co ma ochotę, wyciskać z siebie siódme poty na siłowniach, joggingach i innych aerobikach, chodzić na comiesięczne oczyszczanie skóry twarzy skalpelami i depilacje bez znieczulenia, ale za to na ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco. I jeszcze, gdy zauważy czerwony sygnał alarmowy zbierającej się w zmarszczkach wokół ust szminki, potrafi sobie lifting zrobić, wstrzyknąć silikon tu i ówdzie, żeby naprężyć, wygładzić, zakamuflować upływ czasu. Chcesz być piękna to cierp.
Czas dla kobiety – istoty eterycznej nie istnieje. Istnieć nie powinien w każdym bądź razie i kobieta ma za zadanie właśnie tę prawdę przekazać społeczeństwu. Sprawić, żeby społeczeństwo uwierzyło kobiecie bez jednego niedowierzającego mrugnięcia powieką w to, że kobieta się nie starzeje. Kobieta trwa zawieszona między przeszłością i przyszłością. Trwa, nie oddycha, nie żyje pełną piersią. Nic innego nie robi oprócz trwania w czasoprzestrzennym zawieszeniu. Całą swoją życiową energię, swoje ziemskie jestestwo wkłada w bycie heterą swojego życia. Kobieca hetera łudzi swój ziemski czas, wmawia mu, że ma go wiele, że jest wieczna, nieśmiertelna. Że nie mnożą jej się zmarszczki mimiczne, że nie siwieją jej włosy, że nie przybywa jej dodatkowych kilogramów. Lepiej niech kobieta trwa i nie rusza się zbytnio, a już broń cię Panie Boże nie mówi, nie krzyczy, nie gestykuluje nadmiernie. Bo złość piękności szkodzi. Złość dodaje zmarszczek, wytwarza toksyny, zakłóca przemianę materii. Przemianę materii, którą kobieta powinna mieć szybką i sprawną, żeby nie przytyć. Złość sprawia, że głos kobiety staje się skrzeczący i na wysokich tonacjach, a takie skrzekliwe wysokie decybele to nie jest kobiecy atrybut. Zgryźliwa baba nie jest atrakcyjna seksualnie. Ani tym bardziej piękna.
Kobieta sama sobie heterą jest. Żyje w ułudzie, w mrzonkach życia i w losu mgle kroczy. Na ślepo. To jest, zaślepiona tą heterą w sobie. Żyje z heterą jak z tasiemcem, w symbiozie od lat, od tysiącleci. Hetera mami kobietę boskością. Nakazuje jej być boginią. Raj na ziemi obiecuje. I nie wspomina o istnieniu piekła.
Nikt kobiecie nie chce pomóc się tej hetery pozbyć. Nawet ona sama – kobieta.
piątek, 26 lutego 2010
No nie powiem już. Nigdy. ;) Do dnia dzisiejszego, jednego z ostatnich dni lutowych, który to jednak dzień już bardziej marcowy przypomina, bo w zjawiska atmosferyczne jest on wyjątkowo bogaty (słońce, chmury, deszcz, przejaśnienia, kapuśniaczek, wiatr, słońce i tak w kółko), myślałam, że nigdy w życiu nie polubię kolejek. Bo kto to widział kolejki lubić? Stać, przestawać z nogi na nogę, palce skubać, wznosić oczy do nieba, kląć w duchu i inne podobne czynności ze zniecierpliwienia wynikające wykonywać, do przyjemnych nie należące. A dzisiaj? Uuuuuhm. Relaks. Odstawiłam synów w dobre ręce – starszego do przedszkola, młodszego do dziadków i udałam się na pocztę rachunki pozapłacać. A tam cóż widzę? Kolejka jak za czasów mojego dzieciństwa w Polsce Ludowej lat osiemdziesiątych spędzonego. W czasach owych, zamierzchłych, kolejki to było zjawisko porządek codzienny ustalające, bo jak nie było do czegoś kolejki, jak człowiek „swojego nie wystał”, to to oznaczało, że albo nie ma po co stać, albo sklep czy urząd zamknięty. A najgorzej było, jak po takim się nastaniu parogodzinnym, tuż przed naszą kolejką dochodziły głosy, że towar się kończy, na przykład kawa ziarnista w torebkach, albo chińskie piórniki do szkoły, albo mięso wołowe bez kości, albo wata higieniczna - takie tam przeróżne produkty pierwszej potrzeby. I jeszcze tak to było, że więcej niż z trzy sztuki maksymalnie nie można było danego towaru zakupić, czasem to tylko po jednym egzemplarzu dawkowali na łeb, żeby dla wszystkich starczyło, a przynajmniej dla tych do połowy kolejki...
A dzisiaj, pod koniec lutego roku 2010, już nie w Polsce, a w prawie, że na powrót słonecznej Italii wydobyłam z pocztowego automatu z numerkami swój przydział kartkowy, na którym maszyna wydrukowała przypadkowy numer 47 i wznosząc ciekawski wzrok do tablicy świetlnej, na której „numerki akurat do ich kolejki” się wyświetlały, przekonałam się, że mam około 20 luda przed sobą. No proszę, jak za starych dobrych czasów! Ale co mi tam, nigdzie mi się nie spieszy, dzieci nie płaczą, prania nie muszę robić bo pada, a obiad od wczoraj w lodówce już czeka. Usiadłam więc wygodnie na krzesełku, który właśnie w tym celu poczta zamontowała, w celu poczekania na swoją kolejkę czyli. Bo zupełnie inaczej się czeka jak nie ma gdzie usiąść, a inaczej, gdy na twoje cztery litery przygotowano paręnaście wygodnych krzesełko – ławeczek w kolorze orzechowym. Jak usiadłam, tak przepadłam. Tego mi było trzeba. Czego? Poobserwowania ludzi. Pokontemplowania ścian, podłogi, krojów kurtek. Lubię tak sobie na ludzi popatrzyć, podsłuchać na krzesełku przycupnąwszy, zza kwiatka doniczkowego spozierając. Lubię poprzyglądać się twarzom staruszków, posłuchać co sobie mają do powiedzenia emerytki i zapracowane matki. Bo to głównie oni na pocztę o dziewiątej rano się wybierają zapłacić rachunki. I jeszcze zerknąć na ulicę zza dużej szyby, sprawdzić czy pada, czy zaczyna się może przejaśniać. I to wszystko bez zniecierpliwionego skowytu syna młodszego przy uchu. Tak siedzieć i czekać. Oj, jak wspaniale. Wiedzieć, że trzeba swoje odczekać i dlatego, że ja tu czekam, bo muszę, wszystko inne również musi na mnie zaczekać. Taki mały przystanek życiowy. No proszę, co to życie może z człowieka zrobić. Cieszy się matka z aspiracjami do kobiety się stania, którą to kiedyś w pełni była, a teraz tylko w ćwiartce, ale może niedługo, ciężką pracą uda jej się do pełni kobiecości wrócić, albo chociaż wciąż dążyć, bez ustanku, z postania, to jest z posiedzenia w kolejce się cieszy. I relaksuje się przy tym w dodatku. Czy ktoś to jest w ogóle w stanie zrozumieć?
czwartek, 25 lutego 2010
Jak nie miesiączka co miesiąc z większym lub mniejszym kąsaniem mrówek od środka (tak to odczuwam, obrazowo sprawę opisując), to ciąża – przystanek bez okresów, zakończony natomiast krwawicą w dosłownym i nie dosłownym tego słowa znaczeniu. Więc tak się zastanawiam, czy menopauza to czasem nie jest wyzwolenie dla kobiety? A nie potępienie jej kobiecości, jak to się zwykło uważać. No bo co z tego, że już te żeńskie hormony nie będą się bawić w pracoholików w moim organizmie i pojadą sobie na wakacje? Zasłużone. Co z tego, że jakieś tam objawy ich braku odczuję na ciele i psychice, poczynając od ustania comiesięcznych odwiedzin Ciotki Teodozji (tak się mówi o miesiączce w formie rubaszno – zawoalowanej)? Szczerze mówiąc już mi się ta wpraszająca się z własnej inicjatywy cioteczka, przeze mnie w ogóle w gości nieproszona, znudziła. I te jej humory, dąsy, widzimisie. Mam jej dość. Babska kapryśnego. No i co z tego, że mi wąs z brodą zaczną życie umilać, a skóra stanie się grubsza, suchsza, a rysy wyostrzą się? Głos zacznie przypominać bas na przemian z barytonem, a włosy się przerzedzą. Nic mnie to nie obchodzi. Dlaczego mam przeciwstawiać się Matce Naturze i przyjmować hormonalną terapię zastępczą? Bo czy menopauza nie jest od tego, aby przez fragment życia kobiety przybliżyć ją trochę do świata mężczyzn, do męskości? Czy to nie jest naturalna kolej rzeczy, że zarówno kobiety i mężczyźni „na stare lata” upodabniają się do siebie, stają się jak gdyby jednym gatunkiem człowieka – nie kobietą i nie mężczyzną, ale bezpłciową hybrydą lub jak kto woli – kobietą i mężczyzną w jednym?
W starszym wieku mężczyźni łagodnieją, za sprawą ubytku testosteronu, a kobiety wręcz odwrotnie – poznają jego siłę. Kobieta ma szansę poznać co to męskość, a mężczyzna co to kobiecość. Końcówka życia, zbliżamy się do prawdy ostatecznej. Menopauza to pierwszy przystanek. Więc czy nie jest głupotą go omijać za wszelką cenę? Czy nie jest głupie, śmieszne, żałosne wstrzykiwać sobie silikon aby przywrócić gładkość i giętkość skórze, farbować i zagęszczać włosy, faszerować się estrogenami? Boimy się nowego i nieznanego. Nie akceptujemy końca młodości, znanej nam kobiecości. Ale menopauza to nie koniec. To pierwszy etap początku.
środa, 24 lutego 2010
Istnieją ludzie z maniakalno – upierdliwym zamiłowaniem do porządku, które w skrajnych przypadkach przejawia się wręcz w obsesję. Niech sobie istnieją. Byleby w odpowiedniej odległości bezpieczeństwa ode mnie. Bo ja do tej kategorii stanowczo się nie zaliczam.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu mnie znajdziesz, gdy poszukasz:
Blog i ja
Chadzam w gości do (lista w nieustającej konstrukcji):
Dwujęzyczność dzieci
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||