Blog o matce Polce osiedlonej na włoskiej ziemi. O jej byciu mamą niedoskonałą, która oprócz niewątpliwej i stałej roli matki, jaka została jej odgórnie przypisana w życiowym przedstawieniu, próbuje wcielać się także w inne postacie: kobiety niezależnej, żony, kumpelki, artystki niewyżytej, działaczki społecznej, kucharki, pisarki, automobilistki, konsumentki i krawcowej. I kto wie kogo jeszcze...
piątek, 29 stycznia 2010

Lubicie szoki? Bo ja bardzo. Szok szokuje, a co za tym idzie: potrząsa, wstrząsa, otwiera oczy, pobudza adrenalinę i feromony wszelkiej maści, zrzuca klapki (z oczu), bulwersuje, dodaje pikanterii, zmienia światopogląd, a także, co w gruncie rzeczy jest w szoku dla niektórych jego najważniejszym elementem sprawczym: powoduje, że zaczyna być o szoku głośno.

Dany szok robi się popularny. A popularność wiadomo – sława, pieniądze, zaproszenia na bankiety, nagłówki w gazetach, plotki w internecie, szepty i rozgłos w jednym. Wielu ludzi lubi być popularnymi. Wielu chciałoby się nimi stać. A już najbardziej zależy na wywołaniu szoku, z następstwem popularności, takim osobom, które tej popularności już kiedyś doznały, zasmakowały jej. Rozsmakowały w niej swoje kubki smakowe i już bez niej się obejść nie mogą. Ot, uzależnili się.

Na przykład taka Madonna... Pisałam o niej parę dni temu tekst do portalu, dla którego pracuję – do zaznajomienia się dla ochotników podaję doń link: Madonna&Jesus i w związku z powyższymi informacjami o Madonnie naszła mnie pewna melancholia refleksyjna. Madonna mianowicie związała się z Jesusem. Jesus mógłby być jej synem zważywszy na metryki obydwu kochanków. A Madonna matką jego mogłaby być. Zupełnie tak jak w dobrze nam wszystkim znajomej historii, co ja mówię historii – fundamencie religii chrześcijańskiej, gdzie to Matka Boska, w różnych częściach świata także Madonną zwana, jest matką Jezusa. Kim są każdy wie. Ale kim jest Jesus od tej niewiasty szokami się parającej o pseudonimie Madonna wiedzą nieliczni. Choć przyznaję – dowiadują się coraz liczniejsi. Bo gdy Jesus nie stał u boku Madonny, albo raczej nie leżał na niej czy też nie klęczał – o Jesusie nikt nie znaju. A teraz znaju.

No i jeszcze jedno chciałabym wiedzieć – czy to rzeczywiście perfidny los tak chciał, aby Jesus zwał się jak zwał i trafił akurat na Madonnę o takim, a nie innym pseudonimie zawodowym, czy może jednak jakiś spec od szoków marketingowych w tym swoją złotą rączkę macał?

A może Jesus zanim spotkał na swej ciernistej drodze „przez mękę do sławy” wcale nie zwał się Jesusem, a na przykład Włodzimierzem? Zaraz, zaraz, lepiej to sprawdzić.

Oto co podaje włoska wikipedia na poruszonego tematem Jesusa. Co ciekawsze nowinki. Na przykład – Jesus tak naprawdę nazywa się Jesus Pinto da Luz, co oznacza „Jezus pisklę światła” - no proszę!

Urodził się w 1987 roku, czyli jest chłopak ode mnie równo 10 lat młodszy, a ile od Madonny, aż boję się policzyć. Taka jestem nienowoczesna. I pomyśleć, że mężczyźni później od kobiet dojrzewają (z niektórymi wyjątkami, którzy proces dojrzewania pomijają w rozwoju osobistym). Madonna taka dojrzała, a Jesus taki niedojrzały. Ale się dobrali. Widocznie przeciwieństwa jednak się przyciągają. Albo żądza sławy i szoku obojga. No i co tam jeszcze ciekawego o naszym pisklaku brazylijskim wikipedia plotkuje? Matka jego była fryzjerką, ojciec urzędnikiem, ot normalka średnioklasowa. Oho, co ja czytam? Co moja logiczna dedukcja przez mózg właśnie przefiltrowała? Eureka!

16 grudnia 2008 roku Jesus Luz zostaje wybrany do realizacji serwisu fotograficznego przez Steven'a Klein'a dla magazynu „W” u boku Madonny. Po publikacji serwisu w magazynach typu „gossip” (czytaj: gazetkach plotkarskich) całego świata pojawia się informacja o flircie pomiędzy modelem a Madonną.”

Hm, hm, hm... Moja podejrzliwa natura coś podejrzewa. Coś zrozumiała z tych słów. Wydaje mi się, że Madonna całą tę „love/sex – story” uknuła kobita.

Jej wyćwiczony w kreowaniu szoków umysł jak tylko zobaczył imię i nazwisko modela zaproponowanego do tejże sesji zapalił się, zapłonął z mocą halogenowej żarówki i zapiszczał: „To jest to czego mi potrzeba!” Chłopak zwie się Jesus, ja Madonna – czyż to nie idealny duet? Czy to nie doskonały materiał na nowy szok?

Bo nie wiem czy wiecie, ale jako, ze jestem teraz na bieżąco w różnych takich modnych skandalach vipów itp. to już Madonny nie chciał do reklamowania swoich strojów w kolejnym sezonie Louis Vuitton. Dwa sezony i basta – znalazł sobie nową modelkę. Młodszą, kurczę felek.

No to Madonna się sprężyła i nowy szok wymyśliła. Z Jesusem w roli głównej, przy jej Madonnianym boku. Tak mniemam przynajmniej, że to był jej pomysł. Oczywiście nie mogło zabraknąć też innych elementów „kuracji szokiem”: krzyżyków zatopionych w biuście, nagich torsów Jesusa, wygibań łóżkowych i tym podobnych. Zresztą Madonna szoki religijno – dewocyjne już przetrenowała w przeszłości. Ma je w małym palcu.

No, poplotkowałam ja sobie dzisiaj. Szokująco. Ja też czasem lubię małe szoki, szoczki. Marchewkowe. ;)

 

Madonna

A na koniec ilustracja do tekstu z Madonną i Jesusem i odpowiednim dialogiem. Dwuznacznym.

środa, 27 stycznia 2010

Oglądałam wczoraj „Pianistę” Polańskiego, to znaczy sam początek, bo więcej nie dałam rady. Telewizja włoska wyświetliła ten film z okazji dzisiejszego Międzynarodowego Dnia Pamięci Ofiar Holokaustu.

Po scenie, w której matka zmuszona była zatkać ręką buzię dziecka, żeby gestapo nie usłyszało jego płaczu i nie zabrało go jej, i kiedy to dziecko się udusiło z ręki własnej matki, próbującej go przed śmiercią uchronić – przełączyłam kanał. To wystarczyło.

Obok w łóżeczku spał smacznie Maksiu, a niedaleko, w swoim pokoju Leo z wartującym misiem przy boku, a także z innymi pluszakami na posterunku. Bezpieczni, nieświadomi całego zła świata, które przez tysiące lat na przemian z dobrem dyktuje historię ludzkości.

Jestem szczęściarą historyczną. Mniej więcej.

Mojemu pokoleniu los oszczędził obozów koncentracyjnych, Hitlera, Stalina i innych podobnych postaci historycznych. Historia mojego pokolenia jest inna, ale czy dzisiejsze pokolenie potrafi docenić wartość życia?

Czy pamięć o ofiarach holokaustu jest wystarczająca, aby przeżyć je jak najlepiej – w zgodzie z własnym sumieniem, godnie i po prostu po ludzku. „Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.” Nie pojmuję tego świata, nie pojmuję tego życia. Chwytam się jedynej znanej mi deski ratunku jaką jest teraźniejszość. To co tu i teraz. We mnie.

Życie jak historia, biegnie swoim stałym rytmem, w który czasem wkrada się śmierć, zło, zniszczenie – to wszystko, przed czym instynktownie chcielibyśmy siebie i swoich bliskich uchronić.

Wierzymy ślepo, wmawiamy sobie, że: „Mnie nic złego nie może spotkać”, uważamy się za nieśmiertelnych. Do czasu gdy na naszej drodze staje nieprzekupna śmierć, czy koło fortuny w jednej sekundzie odwraca się w tę niewłaściwą stronę. Takie przerywniki prostego i spokojnego życia zmuszają do zastanowienia się nad nim, nad sobą samym. Po nich podnosimy się do pionu, zamazujemy w pamięci złe wydarzenia, powoli zapominamy. Wszystko to po to, aby móc żyć tak jak dawniej, z wolnym, lekkim sercem.

Jednak czasem nadchodzi taki dzień w życiu, wydaje mi się, że to dzień, w którym tak naprawdę stajemy się w pełni dorośli, gdy nie potrafimy już zapomnieć. Nigdy więcej nasze serce nie jest już tak lekkie i nieświadome bólu, jak dawniej. Właśnie ta pamięć o tym co złe, o śmierci i przemijaniu sprawia, że zaczynamy doceniać życie i to co posiadamy. Uczymy się nim cieszyć i maksymalnie wykorzystywać każdy dzień. Właśnie tak, jak gdyby miał być naszym ostatnim.

Ta pamięć jest potrzebna. I choć jest jak mała igiełka, która kuje i nie pozwala odetchnąć pełną piersią, nośmy ją w sobie, w głębi serca. Niech będzie dla nas drogowskazem na drodze życia.

Holokaust jest we mnie i niech tam zostanie. Dorosłam do pamięci o nim.

swieczka

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Ach, zapomniałam napisać, że samochód dla chłopaków już jest. Mogą ruszać w świat. No i oczywiście nie taki jak ja chciałam, ale jak ONI chcieli. Byliśmy w Metro, takim polskim Macro czyli i akurat w alejce z zabawkami stał sobie maksymalnie przeceniony poświątecznie auto – motor, coś na kształt szerokiego motoru, albo inaczej rzecz nazywając auta bez ścian. Ohoho, bardzo precyzyjnie potrafię wyrażać się jeśli chodzi o opisy techniczne. Pewnie to „coś” ma swoją fachową nazwę – dla mnie obcą. W każdym bądź razie Leo owo cudo obaczył i zakochał się w nim. Wsiadł, przejechał się, nie chciał zejść – kupiliśmy. Maksiu na widok pudła zapiszczał jak to on potrafi – na ultradźwiękach. Z radości tym razem.

W domu przez cały wieczór nic innego nie robili tylko jeździli – Leo na przedzie, kierował, Maksiu  z tyłu, uczepiony Leonkowych pleców. Albo robił za popychacza, choć auto – motorek jest w posiadaniu motorka, więc było to zbędne. Ale taki los młodszego brata, kurczę Felek.

Leo zasnąć nie mógł z wrażenia, przez sen wołał: „Brum, brrrrum, wrrrr, wrum” i tym podobne odgłosy motornicze.

Szczęśliwe chłopaki – i to się liczy! :D

 

PS Fotkę motorka zapodam jutro rano.

PS2 26. 01 Oto fotka auto - motorka:

 

auto motorek

niedziela, 24 stycznia 2010

Oto moje dzisiejsze zdobycze Ikeowskie – pies i kot. Kot biały, pies czarny. Może dobre, może złe, kto to wie… Dopełniają się idealnie. Dwa szczeniaki. Milusie, cacusie, miękkusie. Zakłada się je na ręce jak rękawiczki. Kciuk i wskazujący to lewe łapy, środkowy łepek, a serdeczny i mały łapki prawe. Na dłoniach zwierzęta ożywają. Jak żywe, zaczarowane. Macham więc wam moimi kocio – psimi dłońmi na dobranoc. Padam na pyszczek ze zmęczenia. Hau, miau!

pies i kot

sobota, 23 stycznia 2010

Maksiu ożył po lekarstwach nowych, uciszył kaszel – zmierza ku lepszemu chłopak (tfu, tfu – tak na wszelki wypadek).

Pojechaliśmy więc popołudniu konsumpcję uprawiać sobotnią - po drzemce ogólnorodzinnej przerwanej dzwonkiem do drzwi naszego osiemdziesięcioletniego sąsiada – Vittoria, zwanego Tojem, który przyszedł zapytać która jest godzina. Bo mu zegarek upadł i się zepsuł. No to do nas przyszedł, bo do kogoż by innego. W końcu tylko jedna taka rodzina w okolicy z dwojgiem dzieci śpiących popołudniu i ich rodzicami równie sennymi po ostatnich nockach z atrakcjami cherlawymi. No, ale nic, to Tojowi trzeba wybaczyć. Bo Tojo to Tojo. Tylko jeden taki Tojo. Na całym świecie.

Pojechaliśmy samochód kupować. Nie, nie dla nas – dla synów. Samochód zasponsorowała babcia, tak więc nie było „ale”, trzeba było się ubrać, wybrać i poszukać. A następnie kupić. Samochód powinien jednak mieć pewne standardy użytkowania, a mianowicie być minimum dwuosobowy, bo syny są dwa. Kłótnie o niego są już wpisane w użytkowanie, więc przynajmniej to minimum powinien mieć zapewnione – dwa siedzenia czyli. No i jeszcze, żeby te siedzenia były tak trochę poniżej, w zagłębieniu. Chodzi mi o samochód z wnęką, być może z drzwiami choć niekoniecznie. Najważniejsze żeby chłopaki z niego nie wypadli podczas jazdy, szczególnie Maksia mam na myśli. No i tyle wymagań. Mógłby być na pedały, albo elektryczny, to już mniej ważne. Tak samo jak marka, tapicerka czy gadżety w zestawie. No, ale właśnie takiego samochodu akurat nie było. Inne były. Takie na przykład motorowo podobne, z których łatwo się spada. Albo takie dla dzieci, które wyglądają na swój wiek. A moje nie wyglądają. Bo na przykład na pudle z samochodem jak byk napisali: samochód dla dzieci w wieku  2 – 4. No i co z tego, skoro mój starszy ma 3, a na 5 wygląda? Muszę poszukać czegoś odpowiedniego wagowo i miarowo. No, to może ja mu od razu małego fiata kupię?...

Żeby zaspokoić pobudzony apetyt konsumencki kupiliśmy dwie mniejsze zabawki – lotnisko i toster. A samochód poszukam w Internecie. Ciekawe czy znajdę…

No i nie wiem czy wiecie, ale wyprzedaże są! Mój mąż nienawidzi wyprzedaży, a ja  miny mojego męża, gdy czeka na mnie przed sklepem, w którym ja buszuję wśród przecenionych ciuchów. Dziecięcych ciuchów – żeby nie było. Starałam się jednak na niego nie spozierać zbyt często, a także nie przyjmować do świadomości zniecierpliwionych krzyków z Maksiowej paszczy i kupiłam małe co nieco. Bo to grzech nie kupić jak 70% tańsze, prawda? Ech, gdybym tylko na godzinkę mogła tych moich trzech chłopów gdzieś w dobre ręce oddać lepiej by mi się łowy udały… No, ale nie mam komu. A już szczególnie Maksia. Mężula próbował się z nim przespacerować po galerii handlowej, ale taka syrenę alarmowa na wysokiej tonacji zapuścił z okazji chwilowego niewidzenia mamusi, że zanim się spostrzegłam znowu go miałam przed sobą w wózku. Maksiu dobrze się czuje jedynie wtedy gdy wózek jest w ruchu. Robiąc więc zakupy nie możemy przystawać. Produkty należy chwytać w locie. Najlepiej mieć z góry ustaloną trasę sklepu, wiedzieć na pamięć co gdzie się znajduje. Na nowości patrzeć nie należy, albo kupować w ciemno. Ważne – nie stawać. A w sklepie z przecenionymi ciuchami w mini cenach nie stanąć się nie da. No to mi dał Maksiu za swoje. Za moje raczej. Ale w domu za to jak się bawił tosterem. Nie było Maksia. Uff…

Na koniec konsumpcyjnej soboty zgrzeszyliśmy jeszcze sobie perfidnie i pochłonęliśmy niezdrowe i pełne prostych cukrów, co to tylko apetyt wzmagają i glukozę podnoszą, zestawy w McDonaldzie. Należało nam się.

 

big mac

piątek, 22 stycznia 2010

Zastanawiałam się właśnie, nad zmianą kategorii bloga mego, do której zresztą sama go jakiś czas temu przypisałam, własnoręcznie, palca wskazującego jednym kliknięciem. A mianowicie korci mnie, żeby się z kategorii „Dzieci – Dla dzieci – O dzieciach” wypisać i przejść na jakże kuszącą kategorię „Kobiety”. Nie matki. Kobiety. I basta. Co to o dzieciach w swojej kategorii nie wspomina, liczy się tylko jej kobiecość. No i tak rozważałam, rozważałam i jednak chwilowo zostanę jeszcze tu gdzie jestem, bo te dzieci mnie zdominowały. Jestem przede wszystkim matką. Chcąc nie chcąc. O kobiecości mogę sobie pomarzyć i dążyć do niej. Usilnie i systematycznie. Dążyć do utraconego ideału. Kobiecości zwiewnej, pachnącej i na wysokim obcasie. Która to oddaliła się ode mnie o całe lata świetlne.

A czy ja mogę teraz trochę się Wam wyżalić?

No, Maksiu znowu się przeziębił. I znowu mu na oskrzela w zawrotnym tempie siada – już kaszle i skrzeczy. Zaliczyliśmy dzisiaj wizytę u pediatry, mam inhalować, kropelki na oskrzelka wkraplać, a jak mu się do niedzieli nie polepszy to antybiotyk. Tylko, że to sprawa wirusowa jest pewnikiem, a wirusów antybiotyk nie zniszczy, tylko za osłonę zrobi – jak też zresztą powiedziała nasza doktorzyca. No tak, ale co robić w takim razie, żeby mi się synuś tak nie męczył z tym kaszlem, jak tego wirusa wyplenić? Doktorka stwierdziła, że jedyna rada być cierpliwym i czekać, inhalując zawzięcie. Uf. Tej nocy było niewesoło – kaszlał dosłownie non stop, 3 razy pobudka i kaszel godzinny. A ja go inhalowałam o trzeciej w nocy, żeby trochę mu ulżyć. Maraton nocny, cierpliwości całe pokłady, które nie wiem doprawdy skąd się u mnie biorą, instynkt macierzyński na najwyższych obrotach i adrenalina, która pozwala zachować trzeźwy umysł i odgonić senność.

Buu, jak mi go szkoda. Jaka się czuję bezradna. Jak nie chcę dać znowu antybiotyku. Jak nie wiem co robić...

No i co ma kobiecość do inhalacji i zatkanych oskrzeli? No, niewiele. Nasmuciłam dzisiaj. Oby do wiosny...

czwartek, 21 stycznia 2010

gesRozmawiałam dzisiaj przez telefon zwany komórką z koleżanką i ona opowiedziała mi o innej koleżance naszej, że koleżanka owa wypowiedziała te sakramentalne słowa, które od czasu do czasu wypowiadają matki na głos, wszem i wobec, żeby cały świat usłyszał, albo po cichu, ni to do siebie, ni to do zagapionego w telewizor czy gazetę codzienną męża, albo też w ogóle ich nie wypowiadają, tylko duszą w sobie, a słowa duszę od środka rozsadzają. Sakramentalne słowa, o których mowa to: „Nie jestem dobrą matką!”, albo w innym wydaniu: „Nie sprawdziłam się w roli matki!”, albo też: „Sama własne dziecko skrzywdziłam!” i tym podobne wymysły matczynej natury.

Tak więc koleżanka koleżanki parę dni temu, a dokładnie we wtorek słowa podobne do mojej koleżanki wypowiedziała. Zostawmy koleżanki w spokoju, bo zakoleżankowałam aż za bardzo. Ale co się stało? - zapytacie.

Mianowicie ta koleżanka koleżanki, nazwijmy ją Agą, żeby było zwięźle, krótko i bez „koleżanki” popełniła przestępstwo, bo mówiła do własnej córki, osobistej, z jej łona się wywodzącej w swoim ojczystym języku. Po polsku czyli. No i córka zaczęła ją rozumieć. Jak przystało na rozwój prawidłowy dziecka zaczęła nawet pierwsze słowa wymawiać, komunikować. Po polsku. Powiecie: „No i co w tym złego? O co dramat cały? Tragedia?” Już tłumaczę. Rzecz miała miejsce we Włoszech. Włochy to państwo europejskie, w którym mieszkają w większości ludzie pochodzenia włoskiego, z włoskimi korzeniami i tradycjami, a także ludność napływowa, w zdecydowanej większości z krajów arabskich, azjatyckich, a w mniejszości także z krajów ex Europy Wschodniej czy innych miejsc globu ziemskiego. Ludność napływowa napłynęła skąd napłynęła od mniej lub bardziej dawna. Zależy. Ludność napływowa postanowiła osiedlić się na terenie Włoch (czy też jakiegokolwiek innego kraju), zamieszkać w nim na stałe lub na czas mniej lub bardziej precyzyjnie określony. Precyzyjnie bowiem w życiu to możemy uregulować tylko zegarek, a i to nie zawsze z dokładnością co do setnej sekundy. Jedno jest pewne – teraz ta ludność napływowa mieszka tu, a nie gdzie indziej. No i ludność napływowa wchodzi w związki małżeńskie lub inne konkubinaty, pracuje, rozmnaża się, albo na banki napada czy też staruszki rabuje. To też zależy, jak wszystko. Ale nie schodzę z toru, bo już trochę za bardzo zeszłam. Więc przejdę do sedna. Tak więc ludność napływowa postanawia założyć rodzinę. Możliwości jest wiele, albo ją założy z innym ludkiem napływowym, na przykład z takim co to napłynął z tego samego kraju, albo z ludkiem z kraju tubylczego, albo takim z kraju jeszcze innego.

Aga, o której mowa zdecydowała wyjść za mąż za Polaka, rodaka. Mieszkali we Włoszech, pracowali, żyli sobie spokojnie, aż im się córeczka urodziła. No to co, no to nic. Ot, najnormalniej w świecie zwracali się do niej po polsku, rozmawiali w domu w ojczystym języku. Aż nadszedł moment, że Aga musiała wrócić do pracy, a że rodzina daleko, w Polsce z Europy Wschodniej się wywodzącej (nie, nie ze Środkowej, we Włoszech Polska leży na wschodzie Europy) to córeczkę trzeba było umieścić w żłobku. Siła wyższa. Aby dziecko zostało przyjęte do żłobka musi przejść tak zwana adaptację do nowego, żłobkowego czyli, środowiska. W tej adaptacji towarzyszy dziecku zazwyczaj mama. Parę dni zostaje w żłobku z dzieckiem, aż nieubłaganie nadchodzi taki moment, że musi ze żłobka wyjść i zostawić je samo. Na początek tylko na 15 minut. Tak też Aga zrobiła i zostawiła na kwadrans córeczkę samą w żłobku. No i co się wtedy wydarzyło? Ano rozbuczała się córeczka wniebogłosy, chciała do mamy, a panie przedszkolanki (żłobanki?) nie dały rady jej uspokoić. Po tym zajściu Aga stwierdziła co następuje:

  • córeczka płakała głównie dlatego, że nie rozumiała co się do niej mówi,

  • ona, Aga skrzywdziła własne dziecko mówiąc do niego wyłącznie po polsku,

  • teraz dziecko bardzo przeżyje adaptację w żłobku,

  • czas zacząć mówić do córeczki po włosku, jak zresztą poradziły bardzo wyedukowane w sprawie przedszkolanki.

1, 2, 3, 4, 5, 6, 7.... liczę do dziesięciu, może mi przejdzie. Uf...

oca

Chyba tylko my, Polacy zastanawiamy się nad tym czy mówić czy nie mówić do dziecka po polsku,mieszkając poza ojczyzną. Tu nie ma się nad czym zastanawiać. Albo najnormalniej w świecie, z podniesioną głową, głosem brzmiącym jak zawsze, a nie ściszonym do szeptania, nie w czterech ścianach, ale na dworze, w supermarkecie, w warzywniaku, obuwniczym, na placu zabaw, niezależnie od tego czy znajdujemy się w towarzystwie innych Polaków czy samych Włochów (wstawić odpowiednią dla siebie narodowość), dosłownie WSZĘDZIE i ZAWSZE mówimy do naszego dziecka w naszym języku. W języku, w którym chcąc nie chcąc, potrafimy wyrazić się i siebie najlepiej na świecie. W języku, którzy przekazali nam nasi przodkowie, który jest naszą tradycją, majątkiem, bogactwem i dobrocią.

Nasze dziecko powinno czuć przynależność, mieć korzenie, tradycje, wartości i bogactwa kulturowe. To wszystko, co chcemy mu odebrać znienacka, z dnia na dzień przestawiając się w mówieniu do niego z polskiego na włoski. Taka zmiana będzie jeszcze większym szokiem dla dziecka niż adaptacja w żłobku. Zachwieje jego stabilizacją życiową. Zabierze solidny i stały grunt spod małych nóżek. Wyobraźcie sobie córeczkę Agi co teraz przeżywa: nie dość, że znalazła się w całkiem dla niej nowej sytuacji, środowisku i otoczeniu żłobka, to jeszcze rodzice przestali mówić do niej w języku jaki do tej pory z nimi utożsamiała. Zawrót głowy!

Pierwszy miesiąc w żłobku na pewno byłby trudny dla córki Agi, tak jak dla innych dzieci, a może nawet bardziej ze względu na nieznajomość włoskiego.

Ale. Ale! Dzieci mają niesamowitą zdolność przyswajania nowych języków i już po paru tygodniach rozumiałaby ona dosłownie wszystko.

Dom pozostałby tym czym być powinien: niezmienną ostoją. Córeczka Agi uczyłaby się jednocześnie dwóch języków. I wszystko miałoby swoje miejsce. A tak?...

Jedno jest pewne – poproszę Agę żeby nie przestawała mówić do niej po polsku. Może nawet jej te słowa, które właśnie napisałam pokażę. Może uzna mnie za wariatkę, albo wtrącającą się w nie swoje sprawy wścibską babę, ale... no, nie mogę tak. Nie zostawię tak tego. Niech się dzieje co chce.

 

No, jest jeszcze inne wyjście – nie mówić do dziecka po polsku. Strugać wariata, że się nie jest Polakiem. Udawać Włocha. Zapomnieć, wymazać z pamięci. Bez dumy, bez honoru, bez charakteru. Proszę bardzo. Ja nie zmuszam.

Jedynie próbuję, proponuję, staram się... Nie gęgajmy!

środa, 20 stycznia 2010

Ostatnie dni należały do tych co to na wysokich obrotach przebiegają, z dociśniętym gazem. Tak więc czasu na pisanie brakło. W międzyczasie czarna nitka została odnaleziona listem gończym, a przy okazji dokupiłam jej do pary kłębek niteczki czerwonej, krasnej, piknej, że ho ho. Posłużyć ma do wyszycia usteczek moich przyszłych zabawkowych dzieci.

No i w tym momencie przechodzimy do sedna sprawy dzisiejszego postu, a mianowicie, panie i panowie, pragnę wam zaprezentować moje drugie gałgankowe dziecko! Jest to sobowtór z ulubionej bajki moich synów pod wszystko mówiącym tytułem „Barbapapa”.

Stworzyłam żółtego miłośnika zwierząt, ulubieńca Leonidasa, czyli Barbazoo.

Tutaj jego animowany oryginał:

barbazoo

A to mój gałgankowy sobowtór:

barbazoo

Własnoręcznie prezentuje go dla was także Leo:

barbazoo

A tu, ach, miód na matczyne serce! Błogostan i nirwana w jednym. Ten widok, ach, ten widok to największy prezent dla matki – Leo śpi w objęciach swojego nowego, żółciutkiego przyjaciela. (Rozpłynęłam się):

barbazoo

niedziela, 17 stycznia 2010

Na początek odpowiedni cytat:

 

“U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki,
przędą sobie przędą jedwabne niteczki.
Kręć się kręć wrzeciono! Wić się tobie wić!
Ta pamięta lepiej, której dłuższa nić.”

 

Znacie, nucicie? To „Prząśniczka” rzecz jasna i na jej melodię odbyło się dziś nasze rodzinne poszukiwanie czarnej nitki. Czarnej nitki? Zdziwicie się pewnikiem. Ano, zaiste, w samej rzeczy… Dziś rano, po raz drugi w życiu zabrałam się za szycie nowej zabawki – wykorzystując z premedytacją do tego niedzielne poranki, podczas których mąż jest w domu i synów przypilnuje. Szyło mi się o niebo lepiej i co najważniejsze – szybciej, niż w ubiegłą niedzielę. Zabawka została zszyta, uszyta, wystarczyło tylko jej oczka, buzię i nosek wyszyć, a do tego zabiegu potrzebowałam czarnej nitki. Muliny najlepiej. I, o ironio, miałam granat, nawet brąz ciemny, prawie czarny, ale jednak nie czarny – a czerni głębokiej, prawdziwej niet. Niente.

Pojechaliśmy więc do teściowej, znając jej upodobanie do szycia, a zaraz po tym do zbieractwa wszelkich niteczek, włóczek i gałganków. Jednak teściowa czarnej nitki nie znalazła. Uh, musiałam obejść się smakiem. Popołudniu jednak udaliśmy się na kolejne poszukiwania. Poszukiwanie czarnej nitki ma się rozumieć. Grubszej ździebko, nie chudej, bo taką chudą to się długo i nieefektownie haftuje. Obszukałam dwa Brico, nawet jedyny otwarty w niedzielę supermarket chiński. I nic. Inne kolory były. Lepiej – obecne były wszystkie kolory tęczy. Oprócz czarnego. Zabawka musi zaczekać. Jutro poniedziałek, być może gdzieś jeszcze się uchowały te czarne nitki. Ba….

Celowo nie napisałam jaką tym razem zrobiłam zabawkę, bo będzie ona niespodzianką. Mam nadzieję jutro. Trzymajcie kciuki za odnalezienie czarnej muliny. ;)

Tagi: szycie
21:26, annielo
Link Komentarze (3) »
sobota, 16 stycznia 2010

Czasami mnie nachodzi. Tak jak dzisiaj.

Odczuwam głęboką, wewnętrzną potrzebę zmiany, najlepiej natychmiastowej. Czasami potrzeba zmiany owocuje małym przemeblowaniem – ostatnie, jakieś 2 tygodnie temu, gdy zmieniłam ustawienie mebli w kuchni. A dzisiaj akurat padło na włosy.

Nie, tym razem instynkt samozachowawczy uchował je przed moimi szponami niczym u Edwarda Nożycorękiego, co to, gdy ostatnio jednak nie uchował, ot, wolniejszy był od moich nożyc, skończyło się szybką wizytą u fryzjerki, która mi czuprynę do składu i ładu celnego doprowadziła. Tym razem padło na kolor. Już wieki całe nosiłam ten sam kolor, czyli mój, naturalny, co to od Matki Natury w przydziale dostałam, taki ciemny blond za złocisto połyskujący. Ale już mi się znudził akuratnie. Rozjaśniłam więc go o ton, dwa może – jutro się przekonam w świetle dnia, bo zajście miało miejsce przed godziną, a w sztucznym świetle oglądany kolor to nie to samo.

Potrzeba zmian jednak nie została w pełni usatysfakcjonowana. Pójdę jeszcze do fryzjera grzywę podciąć, bo jednak jej prostota odlinijkowa nie dla mnie – przesłania mi widok gdy na lekcje jazdy chadzam. I na okularach się zatrzymuje. Ach, te okulary. Głupia byłam, że je chciałam. A było to tak: na wizycie lekarskiej, przed zapisaniem się na kurs jazdy doktor oczywiście wzrok mi zbadał i stwierdził, że jeszcze mogę bez okularów jeździć. A ja kurczę, prawdomówna aż za bardzo, to moja odwieczna wada niestety, przyznałam się, że posiadam okulary, wprawdzie nieużywane, jeszcze z czasów studiów, kiedy to niedowidziałam co na tablicy zostało napisane gdy trochę dalej usiadłam i okulista zlitował się wówczas nade mną i zapisał minus połówki.

Po prawdzie trochę zgadywałam na tej ostatniej wizycie wzrok badającej, tak 3 rządki poniżej już strzelałam. Ale chyba dość dobrze trafiałam, celnie czyli, że doktor skłonny był mi tych przymusowych okularów do prawa jazdy nie wpisywać. Ja jednak, nigdy dotąd samochodu nie prowadząc, przestraszyłam się, że znaków drogowych z odpowiedniej odległości nie ujrzę, nie wiem jak ja to sobie wyobrażałam, że muszę koniecznie widzieć je już z odległości kilometra czy co… W każdym bądź razie sama zasugerowałam, że ja jednak chcę te okulary. Tym bardziej, że doktorek mnie uprzedził, że jeśli mi ich nie wpisze, to na egzamin będę musiała BEZ NICH się udać. No i wtedy to stchórzyłam jednak. Ale może to i lepiej. Bądź co bądź. Hm, tylko mnie trochę jednak te okulary denerwują… I ta grzywencja na nie spływająca. No, nie przyzwyczajonam. Mam instynkt ich ściągania, ale cóż sama chciałam. Doktora nie posłuchałam to mam.

Pozdrawiam i macham moją żółtą czupryną na dobranoc. Tak, ma żółty kolor. Uświadomił mi to Leo, zapytany: „Leo jakie mama ma teraz włosy?”, odpowiedział: „Inne. Żółte.” No.

clown

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Lilypie Kids Birthday tickers Lilypie Second Birthday tickers Bookmark and Share Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl